Nasza Loteria NaM - pasek na kartach artykułów

Głęboka woda na Żuławach. To była prawdziwa klęska, którą pewnie na długo zapamiętali pierwsi osadnicy

Anna Szade
Anna Szade
Pod wodą były pola i łąki. W tych warunkach najlepiej sprawdzały się bryczki.
Pod wodą były pola i łąki. W tych warunkach najlepiej sprawdzały się bryczki. Źródło: publ. „50 lat w służbie doradztwa”
W styczniu 1945 r. Żuławy opustoszały, bo zaczęły się masowe ucieczki przed frontem. „Po nas choćby potop” - stwierdzili prawdopodobnie Niemcy, zalewając całą krainę. Gdy po wojnie zapanowała cisza, woda przez wieki trzymana w ryzach, zatopiła wspólne dzieło ludzi i przyrody.

79 lat temu Niemcy, z powodu zbliżania się frontu, zarządzili ewakuację ludności m.in. z terenów obecnych Żuław.

Koniec wojny przynosi, niezwykłą w skali, masową ucieczkę ludności przed zbliżającym się frontem, przy czym częściowo ewakuacja ludności organizowana była przez władze hitlerowskie, ale w znacznym stopniu ludność uciekała żywiołowo, bojąc się odwetu za zbrodnie popełnione przez hitlerowców w Europie Wschodniej - pisał w latach 60. ubiegłego wieku Leszek Kosiński w swojej rozprawie „Procesy ludnościowe na Ziemiach Odzyskanych w latach 1945-1960”.

Cisza nad głęboką wodą

Żuławy tuż po zakończeniu drugiej wojny światowej były właściwie kompletnie wyludnione. Zostały też przez Niemców skutecznie zatopione. Były miejsca, gdzie szarobura woda sięgała na 1,5 metra.
Jak twierdzą historycy, już w marcu 1945 r. tereny zostały przez Niemców celowo zalane. Żywioł miał stanowić przeszkodę dla Rosjan, powstrzymując ich ataki.

Zresztą w myśl rozkazu Hitlera z 19 marca 1945 r., władze terenowe były zobowiązane ewakuować ludność i zniszczyć wszystko, co mogło przedstawiać jakąkolwiek wartość. Choć rozkaz ogłoszono w marcu, wszystko wskazuje na to, że był on przygotowany pod koniec 1944 r., a w początkach stycznia 1945 r. został tylko przekazany do realizacji. Cofające się wojska niemieckie wysadzały więc tamy, mosty i śluzy.

Reporter „Dziennika Bałtyckiego” relacjonował w grudniu 1945 r., że całe połacie ziemi pokrywała zamarzająca woda. Na zatopionych hektarach marnowało się wszystko: ginęła roślinność, gniły drzewa owocowe, niszczały domy i zabudowania, wały, tory kolejowe, słupy elektryczne i telegraficzne. Można sobie wyobrazić tę dzwoniącą w uszach ciszę na kompletnym pustkowiu.
Jak opisywał dziennikarz, widok był dość jednostajny: „wszędzie woda i woda, z której sterczały rzędy domów”. Ponad jej poziom wystawały zniszczone samochody, armaty, części wozów wojskowych. W ten sposób zaśmiecone były nie tylko pola, lecz przede wszystkim rzeki.

Powojenne Żuławy nie były bezpieczne. Grasowali szabrownicy, którzy plądrowali domy w poszukiwaniu poniemieckich skarbów. Często dochodziło do strzelanin.
Kiedy zaczęło się ocieplać, Żuławy zaczął ogarniać trudny do wytrzymania smród. Wokół pełno było gnijących zabitych zwierząt, prawdopodobnie także martwych ludzi.

Ówczesna codzienność za bardzo nie przypominała planu filmowego znanego widzom serialu „Pan na Żuławach”. Jego akcja obejmuje lata 1946-1956 i przedstawia perypetie mieszkających we Francji Polaków, emigrantów z lat trzydziestych XX wieku, którzy wracają po drugiej wojnie światowej, podejmując się właśnie osuszenia i zagospodarowania ziem na Żuławach Wiślanych.

Martwa kraina zaludniała się powoli

Na początku sierpnia 1946 r. wizytował Żuławy Stanisław Mikołajczyk, szef Polskiego Stronnictwa Ludowego, będący zarazem wicepremierem i ministrem rolnictwa. W podróży towarzyszył mu inż. Eugeniusz Kwiatkowski, delegat rządu dla spraw Wybrzeża. Wizytę na tak wysokim szczeblu obowiązkowo relacjonowała prasa. Wiadomo więc, że obaj dygnitarze wsiedli w Gdańsku na pokład statku Mieczysław i drogą wodną udali się na inspekcję.

W drugiej połowie lat 40. ubiegłego wieku spoglądano na Żuławy z nadzieją, ale ich bogactwo wciąż było tylko hipotetyczne.

Jeżeli jednak chodzi o dzisiejsze możliwości Żuław, to ze względu na zasadnicze braki, powstałe skutkiem wojny, zbiory są bardzo małe. Zerwanie tam i zalanie ogromnych obszarów wodą, ogromne zniszczenie osiedli, całkowita likwidacja inwentarza żywego i brak zaludnienia uczyniły z Żuław kraj zupełnie martwy. Wprawdzie w chwili obecnej dzięki znacznym, poczynionym już, staraniom odpowiednich czynników rządowych i społecznych, dzięki przeprowadzonemu choć w części zaludnieniu repatriantami zza Bugu i przesiedleńcami, kraj ten ożywił się nieco, ale w dalszym ciągu daleki jest od normalnego stanu posiadania, produkcji i ludności. W chwili obecnej Żuławy nie są jeszcze samowystarczalne - czytamy w „Dzienniku Bałtyckim” z początku stycznia 1947 r.

To wszystko dlatego, że depresyjne tereny wciąż były zatopione.
- Największym nieszczęściem Żuław jest woda. Teren zalany i podmokły wynosił początkowo 120 tys. ha. Po przeprowadzeniu częściowych prac, rezultatem których było odwodnienie 56 tys. ha, pozostało do odwodnienia jeszcze 64 tys. ha - informował 77 lat temu autor tekstu pt. „Woda i myszy” w „Dzienniku Bałtyckim”.

Plony niższe przez atak gryzoni

Myszy kojarzą się głównie z legendą o Popielu. Te niewielkie gryzonie niechlubnie zapisały się także w historii Żuław. Osiedlając się na suchym lądzie, żywiły się głównie zbożem, co miało decydujący wpływ na wysokość plonów.

Szczególnie dotkliwą i kłopotliwą klęską Żuław, w ogromnym stopniu dezorganizującą gospodarkę rolną, jest plaga myszy. Ta sprawa wymaga jak najszybszego rozwiązania - pisał w styczniu 1947 r. reporter „Dziennika Bałtyckiego”.

Temat omawiany był także m.in. na posiedzeniu powiatowej komisji do spraw podatku gruntowego w Malborku. Ustalono, że na skutek katastrofalnego stanu powiatu, który był spowodowany klęską gryzoni i chwastów oraz braku siły pociągowej, średni dochód z 1 hektara wynosi zaledwie 50 kg żyta. Była to podstawa do naliczania należności, podobnie jak obecnie tzw. hektar przeliczeniowy kształtuje wysokość podatku rolnego.

Szukano różnych sposobów, by temu zaradzić. W archiwalnych wydaniach „Dziennika Bałtyckiego” znaleźliśmy informację z lutego 1947 r. Powiatowe Biuro Rolne w Malborku sprowadzało wówczas dla rolników z powiatu malborskiego 17 gniazd baranów francuskich, 20 gniazd królików szynszyli i 1 gniazdo angorów.

Dla powiatu malborskiego, który ma dobre warunki klimatyczne i terenowe, aby rozwinąć na szerszą skalę hodowlę zwierząt futerkowych, bardzo by się przydał na ten cel specjalny kredyt. Za parę lat moglibyśmy nosić ładne futra z Malborka - pisał dziennikarz.

Ale plan stworzenia tu futrzarskiego zagłębia, mimo potencjalnie korzystnych okoliczności, nie zakończył się sukcesem.

Bieda aż piszczała

Według doniesień prasowych, ze 140 128 ha pól w 1947 r. uprawianych było zaledwie 27 838 ha.
- Bezpośrednio z uprawą związana jest sprawa inwentarza żywego. Na obszarze Żuław powinno pracować 23 340 sztuk koni i powinno być tyleż samo krów. Tymczasem koni jest zaledwie 9733, a krów tylko 7314 sztuk. Brakuje więc 13 607 koni i 16 026 krów. Podobna sytuacja jest z mechaniczną siłą pociągową, bowiem na ogólną potrzebną ilość 400 traktorów, Żuławy posiadają tylko 140. Następnie brak jest ludzi i brak zagród. Na ogólną ilość potrzebnych 50 tys. ludzi, brakuje jeszcze 27 tys., a zagród do odbudowy i remontu pozostaje jeszcze 6041 - wyliczał 77 lat temu „Dziennik Bałtycki”.

W tych statystykach, w co pewnie trudno będzie uwierzyć współczesnym zmotoryzowanym, najlepiej wypadały drogi. Jak oceniono, spośród 540 km żuławskich tras w dobrym stanie było 488 km, czyli do odbudowy pozostawało zaledwie 52 km. Ale dwa lata po wojnie wciąż na odtworzenie czekało 45 mostów i 55 km linii kolejowej.

Należy pamiętać, że w drugiej połowie lat 40. ubiegłego wieku samochód nie był masowym środkiem transportu. Prędzej był nim wóz konny, choć konie chętniej zaprzęgano do pracy w polu, o ile były w gospodarstwie. Przede wszystkim sporo się wówczas chodziło, a kto miał rower, mógł z niego korzystać.

Młodzi niewolnicy

W osuszanie zostali zaangażowani także w kolejnych powojennych latach członkowie Powszechnej Organizacji „Służba Polsce”. Określani mianem junaków i junaczek, wstępowali do organizacji jako ochotnicy albo... poprzez nakaz administracyjny. To właśnie brygady terenowe SP, które tworzone były od czterech do ośmiu tygodni, powoływane były do pracy na Ziemiach Odzyskanych. Taka grupa liczyła do 100 junaków.

Jak czytamy w reportażu „Niewolnicy PRL-u”, który znalazł się w książce „Absurdy PRL-u” autorów Piotra Lipińskiego i Michała Matysa, „osuszanie tego terenu było jednym ze sztandarowych placów budowy komunistycznej Polski”.

Jak wspomina jeden z junaków 36 Brygady SP, każdy dostawał 60 metrów rowu do oczyszczeniaNarodowe Archiwum Cyfrowe

Na żuławskich polach i łąkach zapewne rozbrzmiewały więc słowa hymnu: „Znów się pieśń na usta rwie: SP, hej SP. Nierozłączne siostry dwie: młodzież i SP”. Ale młodym ludziom wcale nie było do śmiechu. Świadczy o tym wspomnienie jednego z junaków. Jan Kluz miał 19 lat, gdy dostał pismo, że ma stawić się na stację kolejową w Przeworsku. Jego historię można przeczytać w „Niewolnikach z PRL-u”:

„Załadowali chłopaków do wagonu towarowego, nie powiedzieli, dokąd i po co jadą.
- Było nas czterech z mojej wioski - mówi. - Nic my nie wiedziały, gdzie nas wiezą. My siedziały i my jechały aż do Miłoradza. A tam był taki wielki budynek jak stodoła. I nas tam było z tysiąc junaków. Łóżka były piętrowe, z desek zrobione. Dostały my gumowe buty po pachy, rydel i kosę. I zaczęły my robotę na Żuławach Wiślanych. (...)
Na miejscu każdy junak dostawał przydział - 60 metrów rowu na osobę. Cały dzień musiał stać w wodzie, kosić i karczować.
- A krzaczory były takie, że w jednego nie szło wyrwać - opisuje Jan Kluz. - Dookoła pomykały szczury wodne. Człowiek robił dziennie za darmo dziesięć godzin, a do jedzenia i do picia nic nie dostawał. Nawet się do kolegi nie wolno było odezwać, bo one chodziły i goniły do pracy.
Wieczorem wracali do wielkiej stodoły.
- Do mycia to my nie mieli żadnych łazienek, ino koryto z kranami - opowiada Kluz. - Na wieczór dawali nam zupę z ziemniakami i brukwią. To ziemniaki każdy zjadł, ale brukiew była tako słodka, że ja jo wypluwoł”.

Osuszanie Żuław zakończyło się w 1949 lub w 1950 r., jak podają różne źródła. Współcześnie zachwycamy się żuławskim krajobrazem, który wiosną żółci się rzepakiem, latem dojrzałymi łanami zbóż, jesienią lśni wilgotną ziemią, która ma kolor hebanu, a zimą majaczącymi wierzbami wśród płaskich pól. Ale jeszcze kilkadziesiąt lat temu taki widok mógł być tylko marzeniem.

Jesteśmy na Google News. Dołącz do nas i śledź "Dziennik Bałtycki" codziennie. Obserwuj dziennikbaltycki.pl!

od 7 lat
Wideo

iPolitycznie - Radosław Fogiel

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera

Materiał oryginalny: Głęboka woda na Żuławach. To była prawdziwa klęska, którą pewnie na długo zapamiętali pierwsi osadnicy - Malbork Nasze Miasto

Wróć na krynicamorska.naszemiasto.pl Nasze Miasto